Filipiny

Okolice Dumaguete i pływanie z rekinami wielorybimi koło Oslob.

Dumaguete leży na wyspie Negros. Dostaliśmy się tam promem z Siquijor. Podróż trwała około 2 godzin. Nasz pobyt w Dumaguete to taki postój techniczny. Potrzebowaliśmy 2-3 dni na pozałatwianie kilku spraw, w miejsu gdzie jest dobry internet, a banki i szpitale działają w bardziej europejski sposób niż na Siquijor. Na szczęście Dumaguete jest właśnie takim miejscem. Dodatkowo chcieliśmy odwiedzić znajomego Filipińczyka – Jocson’a, którego poznaliśmy w Bangkoku.

Samo miasto nie zachwyca urokliwymi uliczkami ani pięknymi miejscami. Jest to po prostu miasto bez wyraźnego charakteru. Polecam wynająć skuter (350 peso), wyjechać poza Dumaguete i zwiedzić kawałek wyspy Negros, która jest na prawdę piękna. Można zobaczyć Red Rock Hot Springs, wodospady (Pulangbato Falls) i Bliżniacze Jeziora (Twin Lakes). Będąc w Dumaguete można też popłynąć łodzią na sąsiednią wyspę Cebu, następnie busem do miejsowości Oslob, która jest znana z przypływających tam rekinów wielorybich. Można to wszystko zrobić w dwa dni, przykładowo:

Dzień 1
Red Rock Hot Springs
Pulangbato Falls
Twin Lakes

Dzień 2
Oslob – rekiny wielorybie

Dzień 1

Wynajęliśmy skuter, żeby zobaczyć oddalone o 10 km od Dumaguete Red Rock Hot Springs i Pulangbato Falls. Wyjeżdżając poza zatłoczone miasto, krajobraz zmienia się błyskawicznie. Pojawia się coraz więcej zieleni, zabudowania stają się coraz rzadsze i znikają wszechobecne w Dumaguete trycykle. Znowu jesteśmy na tropikalnej wyspie. Dojeżdżamy do miejscowości Valencia i tam zatrzymujemy się w małym barze, żeby coś zjeść i zorientować się gdzie właściwie mamy dojechać. Siadamy przy plastikowym, czerwonym stoliku, który ma już kilka dobrych sezonów za sobą. Koło nas siedzi grupka szczęśliwych i roześmianych Amerykanów na emeryturze. Dużo z nich przenosi się w okolice Dumaguete na emeryturę, ze względu na tropikalny klimat, niskie ceny, opiekę medyczną i dobre połączenie z Cebu i Manilą. Dostajemy menu a w nim tradycyjnie chicken adobo (tradycyjne danie ryżem i kurczakiem), na który nie możemy już patrzeć i hamburgery. Wybieramy hamburgery 🙂

Najedzeni ruszamy w drogę. Kilka kilometrów dalej, kończy się asfalt. Biedny skuterek nie jest przystosowany do kamienistej drogi i co chwile obrywa. Nasze pośladki też 🙂 Zatrzymujemy się żeby rozprostować nogi i robimy kilka zdjęć w malowniczym miejscu. Ruszamy dalej, bo plan mamy napięty, a w porze deszczowej trzeba brać poprawkę na zmienną pogodę.

Kolejny postój tym razem koło „dymiącego” wzgórza. Nad zboczem góry, po prawej stronie drogi, na odcinku około 100 metrów unoszą się opary siarkowe. Wszystko ogrodzone żółtą barierką z tabliczkami ostrzegającymi o niebezpiecznych naturalnych gazach. Poniżej barierki można zobaczyć gotującą się wodę, która wydostaje się spomiędzy skał.

Zaraz za wzgórzem po prawej stronie drogi widzimy tabliczkę ze strzałką na Red Rock Hot Springs, Waterfall i Red Rock River Valley. Skręcamy w prawo i po chwili dojeżdżamy do gorących źródeł. Moje wyobrażenia przerosły rzeczywistość i niestety rozczarowałam się tak, że nawet nie zrobiłam jednego zdjęcia. Red Rock Hot Springs brzmi co najmniej jak Gorący Potok w Szaflarach, ale zupełnie go nie przypomina. To taki mały basen z gorącą wodą, zabudowany dookoła drewnianym podestem i barierką 🙂 Odpuściliśmy sobie kąpiel i pojechaliśmy dalej Doliną Czerwonej Rzeki zobaczyć wodospad.

Wejście na teren wodospadów kosztuje 30 peso za osobę. Wjeżdżamy i parkujemy skuter. Kilka kroków i docieramy do wodospadu. Skały wokół niego mają nienaturalnie pomarańczowo – czerwony kolor. Zostajemy dłuższą chwilę, żeby pozachwycać się wodospadem. Poza czerwonym wodospadem jest tu jeszcze drugi mniejszy wodospad w standardowych już kolorach. Można popływać w wodzie koło wodospadu.

Kolejnym celem były Bliźniacze Jeziora (Twin Lakes). Okazało się, że są trochę dalej niż przypuszczaliśmy i dotarliśmy na miejsce o 17:05. Jeziora i park były czynne do 17… Szkoda nam było drogi, którą pokonaliśmy, więc decydujemy się zostawić skuter przed zamkniętym szlabanem i przejść około kilometrową trasę pieszo. Było stromo. Bardziej stromo niż przypuszczaliśmy. Po pół godzinie zmęczeni w końcu dotarliśmy nad pierwsze jeziorko. Zaczynało się już ściemniać i było zupełnie pusto. Odpuściliśmy spacer nad drugie, bliźniacze jezioro i czekamy prawie do zupełnego zmroku nad pierwszym. Szybki spacer e dół i jesteśmy koło szlabanu. Na szczęście skuter stoi, gdzie go zostawiliśmy więc możemy wracać do Dumaguete.

Dzień 2

Nie znaleźliśmy wycieczki w rozsądnej cenie do Oslob, dlatego postanowiliśmy dostać się tam na własną rękę. Ceny jakie usłyszeliśmy w biurach podróży wahały się od 7000 peso do 15 000. Zdecydowanie nieuczciwa cena biorąc pod uwagę, że bilet wstępu kosztuje 1000 peso za osobę, a wycieczko organizowane z Bohol kosztowały 4000-5000 peso.

Plan był taki: płyniemy promem z Sibulan do Liloan. Tam łapiemy autobus linii Ceres Liner, którym dojeżdżamy do Oslob. Proste 🙂

Z rekinami można pływać do godziny 12, dlatego wyszliśmy z hotelu rano koło godziny 8. Z centrum Dumeguete złapaliśmy trycykla za 150 peso do portu Sibulan, na północy miasta. Stamtąd mniej więcej co godzinę odpływają łodzie do Liloan. Bilet kosztuje 62 peso za osobę tak zwaną fast boat, lub około 30 za pump boat, mniejszą łódkę bez kabiny. Akurat trwał boarding na mniejszą, więc kupiliśmy bilety. Pół godziny później byliśmy po drugiej stronie. Trzeba było jeszcze zapłacić terminal fee w porcie (standard na Filipinach) i mogliśmy szukać autobusu, który zawiezie nas do Oslob. Do tej pory poszło szybko, sprawnie i tanio. Satysfakcja, że nie daliśmy zarobić biurom podróży – bezcenna 🙂

Po wyjściu z portu nie mogliśmy znaleźć przystanku autobusowego, za to zdążyli nas okrążyć kierowcy trycykli, przekrzykując się nawzajem i pytając dokąd jedziemy. W takiej sytuacji najlepiej jest ich zignorować i nie wdawać się w dyskusję, bo powiedzą wszystko, żeby tylko zgarnąć klienta. Usłyszeliśmy, że przystanek jest bardzo daleko i oni nas mogą podwieźć do Oslob za kilkukrotnie wyższą cenę, niż Filipińczyka. Czy to przypadkiem nie rasizm? J . Na szczęście jakieś 100 metrów od wyjścia z portu zobaczyliśmy żółty autobus, wyjeżdżający z bocznej uliczki, więc przyśpieszyliśmy w jego kierunku zostawiając nieszczęśliwych kierowców trycykli za plecami. Dotarliśmy na przystanek, albo raczej dworzec autobusowy. Okazało się, że gdybyśmy popłynęli większą łodzią, wysiedlibyśmy dokładnie na przystanku omijając bandę trycyklistów. Wsiadamy do autobusu i po chwili odjeżdżamy. Zapłaciliśmy 70 peso za osobę. Podróż trwała 30 minut, po czym kierowca twierdzi, że to tu i wysiadamy.  Dokładnie koło przystanku jest centrum, gdzie według wszelkich tabliczek i oznaczeń można pływać z rekinami wielorybimi, więc wchodzimy. Podchodzimy do „recepcji”, pytamy o koszt pływania z rekinami i dowiadujemy się, że jest to 1000 peso. Pytam, czy to cały koszt. Pani z niewyraźną miną odpowiada, że jeszcze trzeba dopłacić za kilka rzeczy. Zapala się nam żółta, ostrzegawcza lampka. Na stronie oficjalnego centrum nic nie było o dodatkowych opłatach. Odwracamy się na pięcie i wychodzimy szybciej niż przyszliśmy. Znowu chcą na nas zarobić …  Idziemy wzdłuż drogi, pytamy ludzi, rozglądamy się i w końcu trafiamy do właściwego, oficjalnego centrum. Podejrzewam, że w tym koło przystanku zapłacilibyśmy za usługę pośrednika.

W centrum płacimy 1000 peso/osobę i dostajemy szybki instruktarz o tym, czego nie wolno robić z rekinami. Nie wolno ich dotykać ani zbliżać się na odległość mniejszą niż 1 metr pod groźbą więzienia. Dostajemy też maski do snurkowania i kamizelki ratunkowe, po czym udajemy się na plażę i czekamy na swoją łódkę. W łódce jest około 6 osób i kapitan. Wypływamy jakieś 100 metrów od brzegu, gdzie krążą inne łódki. Pomiędzy nimi widzimy rekiny. Są naprawdę olbrzymie. Niektóre mają około 6 metrów, może więcej. Wskakujemy do wody i podziwiamy te piękne zwierzęta przez nieco ponad pół godziny. Rekiny podpływają na prawdę blisko i ciężko jest zachować metr odstępu. Przez cały czas są dokarmiane przez Filipińczyków siedzących na łodziach. Wiele osób uważa to za kontrowersyjne, ponieważ ingeruje się w ich naturalną dietę, która jest o wiele bogatsza niż ta serwowana przez Filipińczyków. Innym problemem jest, że takie dokarmianie zaburza naturalną migrację tych ogromnych ryb. Skuszone darmowym jedzeniem rekiny zostają dłużej w okolicach Oslob niż normalnie. Podobno rekordzista przebywał tam prawie rok czasu. Rekiny też zbytnio oswajają się z obecnością ludzi, zamiast się ich bać, przez co mogą stać się łatwym łupem dla rybaków. Z drugiej strony centrum w Oslob twierdzi, że w ten sposób lepiej poznaje zachowania rekinów wielorybich oraz przyczyniają się do wzrostu świadomości wśród ludzi, że rekin wielorybi to piękne i łagodne zwierzę, które niekoniecznie najlepiej wygląda na talerzu. Inną sprawą jest, że jest to dobrze prosperujący lokalny biznes, który przyciąga masę turystów i ich pieniądze. Dodam jeszcze, że podobno są inne miejsca na Filipinach, gdzie można popływać z rekinami wielorybimi w ich naturalnym środowisku, gdzie nie są dokarmiane. Nie udało mi się jednak dotrzeć do dokładniejszych informacji.

Follow me ;)

RSS
Facebook
Facebook
Twitter
Pinterest

Może Cię zainteresować także

Brak Komentarzy

Odpowiedz